5 typów facetów, których kocham

1.png

1. Heartbreaker
Zazwyczaj przystojny, nie zawsze tak potężny intelektem. Wysoki, dobrze zbudowany. Ciuchy przeważnie twarde, często nowe. Lekki zarost dla podkreślenia męskości. Ostro zarysowana szczęka. Pachnie perfumami (nie zawsze męskimi, jak to bardzo kocha kobiety). W buzi guma do żucia. Okulary przeciwsłoneczne nosi nawet w pomieszczeniach. Dziesięć rodzajów facetów szybko wzbudza w kobiecych ufekcjach, ale wiadomo, jak kończy się ta przygoda, choć tak zawsze nabieramy się tak samo.

– Hej mała, jak leci? – pyta unosząc piwo, ale nie ściągając okularów. – Masz ochotę na spacer?

Park. Nagle Heartbreaker zauważa grupkę dziewczyn. Zostawia Sierotkę przy placu zabaw.

2

2. Typowy Seba

Takowego osobnika rozpoznamy bardzo szybko już w Internecie. Zdjęcia z wypiętym torsem, gdzie na koszulce zazwyczaj zauważyć można barwy narodowe, bądź lokalnej drużyny piłkarskiej. W opisie do zdjęcia obowiązkowo dołączony cytat z hip hopowego kawałka. Na codzień ukazuje się na osiedlowych ulicach wraz ze swoimi pobratymcami oraz potencjalnymi partnerkami. Nie ma szczególnych zainteresowań, ale kocha walczyć o swoje. Broni kobiety, zwierzęta i alkoholików. Uważa się za dobrego człowieka, ale nie lubi policji. Ubiera się tak aby było mu wygodnie, dresy oraz obowiązkowo saszetka dobrej marki.

Aby go poderwać kobieta powinna ubrać legginsy oraz zachowywać się podobnie do niego. Związek nie trwa długo, zazwyczaj jest burzliwy oraz pełen napięć. Seba ma bardzo trudny charakter, ale w środku jest bardzo wrażliwy i przeżywa każdą miłość bardzo mocno.

3.png

3. Niewidzialny

Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Chodzi ze spuszczoną głową i nie ma zbyt wielu przyjaciół. Nikt o nim nic nie wie. Nie posiada profili na portalach społecznościowych, ale w końcu musi założyć Facebooka, ponieważ czasem konieczny jest z nim kontakt. Tam nigdy nic nie udostępnia.

Mimo to czasem głupio można się w nim zakochać. Oboje jednak nie rozmawiają ze sobą za dużo, więc związek nie ma prawa przetrwać dłużej niż 2 miesiące.

4.png

4. Artysta

Specyficzne urody. Kręcone, specjalnie pomierzwione włosy, chudy. Na twarzy wiecznie poważny. Ubiera się w rzeczy, w której nikt inny przez się nie ubrał. Uwielbia materiałowe torby na ramię. Czyta książkę i zawsze wie wszystko najlepiej. Ma znajomych tylko w kręgu ludzi kochających się. Nienawidzi popu. Zawsze angażuje się ze wszystkimi innymi protesty w mieście, prawda. Zaatakowany na ulicy przez Sebę, wraca do domu w zakrwawionym koszuli i podartych spodniach, ponieważ nie potrafi się bić.

Jeśli chodzi o miłość, sprowadza się z pokręconymi dziewczynami, które idą na ASP.

5

5. Gracz

Lubi ciuchy, które odzwierciedlają jego pasje – gry. Ogólnie bardzo lubi grać z tym zwykle sprowadza się jego krokda wolna chwila. Nie jest zbytnio aktywny społecznie, za wirtualnie jest zawsze online. Przez z nim popisać, należy w drugiej karcie mieć wyłączną kartę charakteru, ponieważ w innym wypadku, nie rozumieć różnych zdań. Pracuje w komputerowej korporacji, gdzie można zrobić woli się rozwijać. Zdarza mu się mylić fikcję z rzeczywistością, przez co czasem gorączkowo bieli po lesie z nożem do chleba.

Gamer poznaje się najczęściej na forach internetowych. Dużo razem grają, gdy już się spotkają, wiedzą, że całe całe życie. Ich dzieci często robią w życiu samo co oni.

Rysunki: Gosia Smolak > instagram Gosi

Selfie

Chcę być szczera. Opisywać rzeczy tak, jakie są w rzeczywistości. Bez zakłamań i farmazonów. Nie zawsze umiem. Wiele rzeczy często muszę pomijać. Znaczy, mogłabym je opisywać, ale mogłoby być z tym za dużo zamieszania. Widzę więc jak pomimo wolności słowa jestem ograniczona. Nigdzie nie jesteśmy wolni. Wszędzie przybieramy maski, żeby być lepiej odbieranym i bardziej tolerowanym. To jak z robieniem sobie selfie. W momencie robienia sobie zdjęcia, robimy pozy, ustawiamy się i stroimy miny, alby wyglądać korzystniej. Chwilę później jednak, musimy wrócić do rzeczywistości. Nasza wykreowana w aparacie postać, ginie w momencie zrobienia zdjęcia. Wtedy bowiem poprawiamy włosy, zmieniamy minę. Nie chcemy być monotonni ani brzydcy. Ale symultanicznie w tym samym czasie nasza mina na ułamek sekundy znika. Ale jest jedna rzecz, którą tu należy zauważyć – wyglądamy dobrze tylko z jednej, wirtualnej strony. Przechodzący obok facet spojrzy tylko i od razu wie, że robimy sobie zdjęcie. Tak samo jest z moim pisaniem. Nie jestem w stanie opisywać rzeczywistości nie koloryzując jej, a i zawsze znajdzie się ktoś, kto ujrzy inne jej ujęcie. Dwoje się i troje jak opisywać rzeczy, które mnie bolą, ponieważ nie umiem ubrać ich w słowa. Wszystkie wydają mi się zbyt banalne lub nie oddają sedna sprawy.

Dlaczego wszyscy dookoła wciskamy sobie takie kity? Każdy musi choć przez chwilę czuć satysfakcję zrobienia komuś na złość. W Internecie staramy się być ironiczni i cyniczni do kości, byleby tylko pokazać swoją inteligencję i niewzruszoną chęć zranienia drugiego człowieka. Prawda jest taka jednak, że każdego coś wkurza i smuci, irytuje, cieszy lub podnieca. Kiedy ktoś inny rani, wtedy nie jest już wesoło. Ale dopóki nikt inny nic mi nie robi, to czemu nie? Przecież to jest takie przyjemnie.

Udawanie. To też jest śmieszna sprawa. Staramy sobie samemu przetłumaczyć, że zrobienie czegoś na pewno przyniesie nam szczęście. Robimy to i okazuje się to wielką klapą. Nie możemy się jednak przyznać samemu sobie (a broń Boże innym), że to jest do dupy. Dalej to robimy, licząc na to, że sytuacja ulegnie gwałtownemu polepszeniu. I tak siedzimy w bagnie, jest niefajnie i niewygodnie. WSZYSCY to jednak to robią i są szczęśliwi. Co jest w takim razie nie tak? Fajnie jest tylko od strony aparatu.

 

Tożsamość?

Kiedy jesteśmy sobą? Kiedy przekraczamy tą granicę? Ciężko jest sobie to uświadomić. Nawet osoba, która cechę odrębności pielęgnuje, może mieć z tym niemały problem. I ja ciągle zadaję sobie to pytanie i staram sobie to jakoś poukładać.

Jestem młoda i moje otoczenie składa się również z ludzi w podobnym wieku. Jest to okres w życiu niekiedy bardzo burzliwy, choć czasem ulega już stabilizacji. Chęć spróbowania, zrobienia, sprzeciwienia się. Wynika to z natury człowieka i jest to pewien etap w życiu, który zdrowo jest przejść młodemu, by lepiej poukładać sobie dalsze życie. Przecież gdyby nie moje bunty, nie wiedziałabym, że w pewnym momencie to już nie działa z korzyścią dla nikogo i lepiej wziąć się w garść. Dlatego też myślę, że okres wielkich życiowych przemian w moim życiu minął. I choć nie było tak jak w filmach, nie przespałam się z żadnym chłopakiem, nie spróbowałam narkotyków ani nie poszłam na żadną wielką imprezę tylko po to, żeby się upić – czuję, że wcale nie muszę tego robić. Zrobiłam za to kilka innych rzeczy, z których mogłam wyciągnąć wystarczające wnioski, żeby dostrzec, że nie potrzebuje reszty i cieszę się, że się tak stało. 

Czuję się jednak czasem wyłączona ze społeczeństwa. Czy tylko ja w wieku 16 lat wolę spędzić piątek czytając jakąś dobrą książkę, albo iść do kina ze znajomymi zamiast szaleć niewidomo gdzie, kiedy, jak i z kim? I czy to dziwne, że nie potrzebuję wrzucać na instagrama fotek z kobiecym dobrobytem na wierzchu? Powiem szczerze, że nie mam nawet wprawy do robienia takich zdjęć. I nie wiem na ile ludzie, którzy wrzucają do Internetu zdjęcia z browarami są sobą, ale ja na pewno tak bym się nie czuła.

Nie mam problemu, żeby zostawać przy swoim zdaniu, ale czuję, że wokół mnie jest coraz mniej ludzi, którzy mnie rozumieją. Ja sama często chciałbym zabiegać o względy innych. Ale… Nawet nie wiem po co!

Myślę jednak, że ja sama niejednokrotnie przekraczam granicę, staję się zupełnie kimś innym, żeby się przypodobać, żeby choć przez chwilę poczuć się lepszą. Wiem też, że to nie na tym polega. Jednak więc nie różnię się niczym od tych wszystkich innych i wcale nie zauważyłam niczego, co oni mogliby zauważyć. 

Ciężko zachować własną tożsamość.

O tej, która niszczy

Czasem wydaje mi się, że wszystko jest kompletnie nie tak. Że dąży do nieuchronnej autodestrukcji. Ale kiedy nadchodzi ten moment, kiedy zupełnie wszystko się zmienia, przekonuję się jak życie jest cholernie nieprzewidywalne.

Jako, że często widzę świat w negatywie, jest mi z tym ciężko, ponieważ zdarza mi się tak myśleć notorycznie. Często jest to wręcz kreowane przez jakąś część mnie, która zupełnie we mnie nie wierzy i zazwyczaj gada zupełne głupoty. Jednak nie umiem jej w sobie powstrzymać i wolę trzymać się tej wersji, ponieważ często nie potrafię wierzyć w swój sukces. Wolę myśleć, że na pewno mi się nie uda, ponieważ mogę wtedy uniknąć rozczarowania.

Jednak nie tylko rozczarowanie mnie boli w porażkach. Kiedy powiem wszystkim, że raczej nic z tego nie będzie, większość zazwyczaj wspiera, ale mimo to jest uprzedzona o możliwości zawalenia sprawy. A to uspokaja, nie martwię się wtedy aż nadto zdaniem innych. Choć wydaje mi się, że to właśnie zdanie innych jest tu kluczowe do rozwiązania tego problemu. Za bardzo mi zależy na autorytecie, który staram sobie niepotrzebnie nabudować. I to zdecydowanie do poprawki.

Kiedy zdarzy się tak, że wszystko poszło nawet ponad przeciętnie dobrze, jest radość. Bo były te myśli, które wcale nie budowały ani nie wspierały, a jednak wyszło. Pokazuję wtedy środkowego palca tej gorszej części mnie. Ale niestety, ona ma w sobie coś takiego, że w razie kolejnego zadania i tak wrzuci mnie w błoto.

 

Dość mówię!

Gonitwa jeszcze się nie zakończyła, choć szczerze mogę przyznać, że widzę jej kres. Zmęczenie jest bardzo silne. Mimo wystawienia ocen końcowych, mam jeszcze niemało roboty.

W szkole zakończyliśmy oficjalnie część artystyczną naszej edukacji. 10 czerwca odbył się przegląd artystyczny, na którym miałam bardzo dużo roboty. Na zajęciach aktorskich, przygotowywaliśmy scenki z opowiadań o Mikołajku – Gościnnego. Dużo prób i znużenie. Do tego dochodził monodram z “Dziennika” Anne Frank, więc bardzo ciężka tematyka. Dla tych ciemnych w historii (czyli i dla mnie, bo to nie jest mój konik), jest to książka zbierająca zapiski z pamiętnika Zydówki – Anne Frank, której przypadło dorastać podczas Holocaustu. Wymagało to ode mnie dużej ilości wkładu swoich własnych emocji, utożsamienia się i… nauki ogromnej ilości tekstu… Ale mimo to, bardzobardzo cieszy mnie fakt, że mogłam pracować nad tym monodramem z osobą, która wsparła mnie na sto procent. Pracowała ze mną moja ukochana pani historyczka i wychowawczyni – Pani Irenka. Spedziłyśmy dużo czasu po lekcjach w szkole, ale kończyło się to zazwyczaj na rozmowach o wszystkim. Efekt końcowy zadowolił mnie, mimo, że wielu ludzi nie wierzyło we mnie i mówiło, że raczej mi nie pójdzie dobrze, przez co ogromnie się stresowałam.

 

Podczas oklasków po monodramie

 

Na zajęciach z Beatą, o których pisałam już co nieco już wcześniej, pomału finiszujemy. Ostatnio nagraliśmy w Radiu LUZ cały tekst, nad którym pracowaliśmy około pół roku. Czytaliśmy “Wdowy” Mrożka. Moją rolą było wspólne, wraz z Agatą, czytanie didaskaliów. Można powiedzieć, że niezbyt wymagająca praca, jednakże było z tym trochę problemów. Mianowicie, w przypadku zwykłej postaci, powiedzmy jakiejś Kowalskiej, już czytając jej poszczególne kwestie, możemy wywnioskować jej cechy charakteru. Idąc dalej, poznajemy tą postać i jesteśmy w stanie wybudować sobie w głowie jej portret. Didaskalia mają to do siebie, że informują o tym jak przebiega akcja, gdzie ona się toczy i co się w niej dzieje. Jest ona zatem bezosobowa, ponieważ skupia się na postaciach. Nie można zatem wykreować prostego portretu, na którym możnaby łatwo się oprzeć przy budowaniu postaci. Dlatego, razem z Agatą postanowiłyśmy przefiltrować to trochę przez siebie. Jako, że jest ona ode mnie starsza, postanowiłyśmy, że będzie głosem rozsądku a ja, szaleńczym i troszkę głupszym. Nie było łatwo, ale końcowy efekt okazał być się zupełnie inny niż planowaliśmy, ponieważ Beata powiedziała, że nasze głosy bardzo ładnie się ze sobą zgrały, ponieważ okazały się być bardzo do siebie podobne.

Za mną również już trzecie spotkanie świeżo związanej grupy teatralnej ROBIMY we wrocławskim Teatrze Lalek. Początkowo, podczas wysyłania zgłoszenia, byłam tym wszystkim bardzo podekscytowana. Jednakże, okazało się, że moja przyjaciółka Magda nie dostała się. Mój power i szczęście przygasło, no bo przecież szykowały się kolejne zajęcia bez niej. Pisałam już o tym, często, mimo, że tego nie okazuję, często czuję się samotna na takich przedsięwzięciach, brakuje mi tej mojej bratniej duszyczki, jaką jest Madzia. I tu nagle, okazuje się, że zwolniło się kilka miejsc i ona się dostała! Świetna sprawa bo chętnych na liście rezerwowej jest podobno sporo.

Planujemy, ROBIMY!

Bierzemy się już tam solidnie do roboty, rozdzielamy zajęcia i zgłaszamy, kto co chciałby robić. Pierwszy raz spotykam się z tak otwartym podejściem do pracy, ponieważ nie jesteśmy zamknięci w sztywnych grupach, i nie tylko ci, którzy są w aktorskiej, mogą grać na scenie. Każdy może angażować się do wszystkich działań i czuć się potrzebnym w każdej dziedzinie tworzenia naszego cosia. W ogóle pomału odrzucamy całkowicie ideę występowania na scenie. Chcemy wyjść poza schemat, zrobić coś, czego nikt by się nie spodziewał. Więcej napiszę o tym już na naszym warsztatowym blogu, którym będę się zajmować w kwestii publikacji.

 

 

Przed audycją w radiu – ja i Madzia

 

Jeszcze jednym ciekawym wydarzeniem w ostatnim czasie był wyjazd na Lednicę. Ze stałą paczką, ale nie ze stałym zespołem. Nie pojechaliśmy z KSMem a z nowo poznanymi ludźmi z parafii w Świętej Katarzynie, koło Wrocławia. Bardzo łatwo nawiązaliśmy kontakt i bardzo sympatycznie nam się rozmawiało. Lednica jest to wydarzenie nie do opisania, należy tam po prostu być, żeby to czuć. Coś niesamowitego.

 

Boże świry!

 

Poza tą artystyczną stroną mojego życia, nic ciekawego. Trochę mi się zamuliło. Mam już przedsmak wakacji, z powodu długiego weekendu, ale jakoś nie umiem się kompletnie wyluzować. Miałam tyle zajęć i nauki, że wcale teraz nie odczuwam ulgi w związku z ich zakończeniem. Ciągle odczuwam presję i potrzebę robienia czegoś, jakbym nie mogła odpuścić. Zdecydowanie ten rok przysporzył mi wiele stresu. Może ktoś ma ochotę na jakiś spokojny spacer i dobre ciastko? Bo już mnie to przerasta. Luzu, dajcie mi luzu…

19198500_1370396336389827_113792058_n

Nagi artysta

Tworząc, pokazujemy siebie w bardzo mocnym świetle, żarówka oświetla nas z pełną intensywnością. Gdy świeci na kogoś jasne światło, widać na nim wszystko. Nie umknie wtedy oczom żadna dziura czy plama na jego ubraniu. Tak samo działa również światło, które pada na artystów.

Było tak od zawsze, to co tworzymy, odzwierciedla nasze wnętrze. Dzieje się tak dlatego, ponieważ najłatwiej odnosić się do czegoś już wcześniej poznanego. Twórcy każdej epoki, przecież pisali na bazie swoich uczuć!

Maria_Pawlikowska-Jasnorzewska_nac_PIC_1-K-1734-2)

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, zajmuje u mnie czołowe miejsce w rankingu ulubionych poetów. Jej twórczość jest bardzo emocjonalna i uczuciowa. Zazwyczaj opisuje miłość i to nieszczęśliwą do tego. Lekkie, jednakże bardzo trafiające w moje serce utwory, trafnie odnoszą się do uczuć większości czytelników jej utworów.

Miłość

„Nie widziałam cię już od miesiąca.
I nic. Jestem może bledsza,
trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,
lecz widać można żyć bez powietrza!”

Po pierwsze, ma się wrażenie, że utwór został napisany niedawno a nie w dwudziestoleciu międzywojennym! Dlaczego? Dlatego, że opowiada o rzeczy nieodzownej człowiekowi – o miłości.

Po drugie widać tutaj coś co oficjalnie w języku polskim nazywa się sytuacją liryczną wyznania. Można wywnioskować więc z nazwy, jest to właśnie opisanie uczuć. Nie jestem polonistką i nie zamierzam robić teraz analizy wiersza, ale chcę coś uwidocznić. Widać dość wyraźnie, że autorka mogła wpleść tutaj swoje emocje. Uchyliła rąbka tajemnicy swoich uczuć, które jak każdy człowiek chowała gdzieś w sercu. Być może było to wspomnienie z dalekiej przeszłości, lub tylko opis z częściowo zaczerpniętą sytuacją z życia. Nie wiemy tego. Jedynie można przypuszczać, ponieważ na pewno po części tak jest, że Maria pisała to na bazie swojej miłości.

W jednym z vlogów o.Szustak (dominikanin, który nagrywa przeróżne serie na youtubie) mówił o muzyce “radiowej” (minuta od 1:20 do 2:26):

To jest ta muzyka, którą na ogół każdy zna i podśpiewuje. Jest ona zazwyczaj skoczna a czasem nawet “mocno imprezowa”. Ojciec mówi właśnie, że wsłuchując się w jej tekst, zazwyczaj słyszymy smutną historię. Odbiorcom taka muzyka się podoba. Każdy przecież lubi posłuchać i posmęcić. Jest to czasem bardzo oczyszczające. Teksty tych piosenek, i nie mówię już tylko o jednym gatunku muzyki, dotykają naszych najdelikatniejszych sfer życiowych – emocji i przeżyć. Bardzo często mówi się przecież: “Ta piosenka tak bardzo mówi o mnie…”, jesteśmy w stanie się z nią utożsamić, ponieważ opowiada o czymś bardzo uniwersalnym. Zakładając teraz, że muzyk sam pisał tekst danej piosenki, musiał się oprzeć na swoich smutkach, prawda? Poniżej kilka takich moich ulubionych kawałków do “smutania”:

“Nic z tego nie będzie” i “Mało mam…”, typowe problemy w związku 😉

“Może to nie nam pisana jest, taka miłość aż po życia kres…”

No i głupi Organek, który problemy z babą miał.

Dokładnie ta samo dotyczy aktorów. Na scenie płacze, śmieje się, cieszy, rozpacza i nienawidzi. Wszystkie te emocje czerpie ze swojego życia prywatnego, wiem, bo robiłam takie ćwiczenia. Gdyby nigdy nie doznał uczucia wściekłości nie potrafiłby go zagrać.

Zwykły człowiek na ogół nie uwidacznia swoich uczuć. Nie mówi otwarcie o tym co go aktualnie nurtuje czy zasmuca każdej osobie spotkanej na ulicy. Milczy i z kamienną twarzą trawi to w swoim sercu. A artysta robi coś zupełnie innego. Pokazuje się wszystkim na tej samej ulicy zupełnie nagi. Widać na jego twarzy każdą emocję, pokazuje cały swój dobytek emocjonalny, który do tej pory udało mu się zgromadzić.

Pozostaje więc teraz pytanie, pokazując to, pozbywa się tego? Jest mu lżej?