Banalny problem

Ciągle szukamy sobie wypełniaczy czasu. Przed jednym z nich teraz właśnie siedzisz i wlepiasz w niego oczy. Jeśli nie chce Ci się czytać tego tekstu i robisz to zupełnie odruchowo, wyłącz komputer, zablokuj telefon i zrób coś ze sobą. Jak to, nie wiesz co? Tu właśnie tkwi sedno problemu.

Jakoś przestaliśmy umieć żyć. Pracujemy na umór, aby udowodnić innym, że jesteśmy pracowici. W domu przewalamy się z nudów, bo przeskrolowaliśmy już całego Facebooka. W internecie kreujemy nieistniejący obraz samego siebie tylko po to, aby poprawić chwilowo swoje samopoczucie. Na ulicy odcinamy się zupełnie od rzeczywistości i otaczających nas ludzi słuchawkami i okularami przeciwsłonecznymi. Jadąc tramwajem, nie potrafimy skupić się na tym, co dzieje się wokół, ale myślami wybiegamy do celu podróży. Wszystko to robimy, jakbyśmy wcale w tym nie uczestniczyli, ale byli gdzieś obok. Nie zwracamy uwagi na mijanych ludzi czy na wypowiadane słowa. Nakładamy maskę silnych i niezależnych. Wieczorem jednak szambo w naszym wnętrzu wylewa i wychodzi na jaw, jacy tak naprawdę jesteśmy słabi.

Czy w takim razie istnieje jakieś lekarstwo? Niestety, nawet jeśli zmienimy swoje podejście, to społeczeństwo dalej będzie robić swoje. Ja sama nie wiem, co można z tym zrobić, ponieważ sama często łapię się na rzeczach, które wymieniłam wcześniej. Wiem jednak, co chciałabym przekazać innym. Zabrzmi to banalnie, choć… Chwila, tutaj wychodzi na jaw kolejna słabość XXI wieku. Chcąc zatuszować wszystkie uczucia, nie mówimy już tego, co płynie prosto z serca, a jeśli musimy to zrobić, to walimy ten cały frazes o banalności. Prawdziwi my jesteśmy właśnie banalni. Potrzebujemy tych samych banalnych rzeczy: miłości, przyjaciół, wsparcia i akceptacji. I tym bardziej cierpimy, im bardziej chcemy ukryć to, co mamy w sercu.

A więc co banalnego chciałabym przekazać? Przestańmy ukrywać się za pozornie mądrymi minami, ciętymi ripostami i niezrozumiałymi zachowaniami. Uśmiechajmy się tak szeroko, aby pokazać wszystkie swoje dziury w zębach — nasze banalne niedoskonałości. Ten uśmiech stanie się automatycznie lekiem, którego sama przed chwilą nie dostrzegałam i to on wyleczy wszystkie dziury. Nawet te w sercu.

 

Advertisements

Samotny tłum

Gdyby człowiek nie był istotą społeczną, problem samotności całkowicie by się rozwiązał. Niestety potrzebujemy ludzi i to najlepiej takich, którzy nas zrozumieją. Ważne jest dla nas, aby mieć choć jednego przyjaciela, który będzie przy nas, kiedy będziemy go potrzebować. Rodzinę, aby czuć się jej członkiem i mieć świadomość, że mamy własny wkład w jej dzieje. Druga połówka jest ważna dla nas, abyśmy mogli czuć się potrzebni i wyjątkowi. Wrogowie również są potrzebni, choć raczej nie dla uciechy. Gdyby otaczali nas tylko ci, którzy nas lubią – popadlibyśmy w zbiorowy samozachwyt.

Skoro to wszytko jest dla nas tak ważne, to skąd tak łatwo przychodzi nam ranienie siebie nawzajem?

Całe nasze życie opieramy na opiniach innych. Kiedy ktoś powie, że coś do ciebie nie pasuje, mimo to, że było ci z tym dobrze, potrafisz zmienić swoje życie o 180 stopni i żyć nieszczęśliwie. Cały współczesny świat opiera się na dopasowywaniu się do reszty. Wszelkie odstępstwa od normy skazane są na nieuchronną klęskę.

Ostatnio natknęłam się na bardzo pozytywny filmik, opowiadający o nietuzinkowym kierowcy autobusu:

Wiadomo jak wygląda sytuacja w komunikacji miejskiej. Każdy ma słuchawki na uszach i w pełnym odlocie, kontempluje widoki za szybą. Niekontrolowane ruchy stanowczo wzbronione. Nie daj Boże, zadzwoni telefon, albo wsiądą rozkrzyczane dzieciaki. Jeździmy autobusami i tramwajami w różne miejsca i niekiedy jesteśmy zestresowani tym, co nas czeka na miejscu. W takich sytuacjach napięta atmosfera wcale nie pomaga się nam odstresować.

A co robi Wesoły Kierowca? Zaraża uśmiechem poprzez zabawne komentarze skierowane do pasażerów, wystawia lizaki z wesołymi napisami przez okno, puszcza muzykę – słowem – łata małą dziurę w tym smutnym świecie.

Natknęłam się również na film, w którym wypowiadał się rzecznik komunikacji miejskiej w Warszawie. Starał się na siłę przekonać (chyba czasem już samego siebie), że komunikacja miejska nie służy do opowiadania o mijanych zabytkach, a jego komentarze bywają seksistowskie. Mówił o licznych skargach napływających ze strony pasażerów. O ironio, wystarczy zajrzeć do komentarzy pod filmem, aby dowiedzieć się, kto sprawia większy problem.

Bolą nas zachowania wychodzące poza ramy, ponieważ nas samych często na nie nie stać. Boimy się wznieść ponad konwenanse, które niejednokrotnie okazują się jeszcze bardziej niewygodne. Być sobą, tak często powtarzane sformułowanie, ale jakże ciężkie do zrealizowania.

Nigdy nie powinniśmy sobie pozwalać na to, aby pod czyimś wpływem żyć niezgodnie z własnymi przekonaniami. Nie możemy uszczęśliwiać innych swoim kosztem. Bo wtedy właśnie stajemy się samotni i nieszczęśliwi. Nie warto na siłę kreować czyjeś wyobrażenie o swoim „ja”.

Wychodzę z założenia, że gdy komuś nie pasuje moje towarzystwo, widocznie nie jesteśmy sobie pisani. Jasne, mogę z takich wydarzeń wyciągnąć lekcję, zmienić swoje postępowanie na lepsze. Ale tylko na takie. Staram się unikać toksycznych ludzi. Czasem jest ciężko pogodzić się ze stratą, ale czy nie ciężej było utrzymać taką relację? Dlatego na samotność mam prostą receptę: zadawać się z ludźmi, z którymi spotkanie nigdy nie przysparza wątpliwości i zranień. Tych, którzy niszczą – trzymać na dystans.

A co gdy ranią nas bliscy? Wydaje się to być nieuchronną koleją rzeczy. Nie ma idealnych relacji i sprzeczki zawsze będą się zdarzać. Kiedy zaś relacja staje się niezdrowa, nie warto starać się o nią na siłę. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Nie starajmy się trzymać na siłę kogoś, tylko dlatego, że wydaje się dla nas całym światem. Musimy przede wszystkim znaleźć wartość w sobie samym. Odnaleźć siebie w samotnym tłumie.

 

 

Więźniowie codzienności

Kiedy było się dzieckiem, wszystko było dłuższe. Trwało tak, jakby miało się nie kończyć. Zwykły spacer okazywał się przygodą, dzięki której można było uratować świat. Beztroskie odkrywanie. Nawet otarte kolano, było okazją do nowego doświadczenia i nie oznaczało smutku.

Wiadomo, wraz z upływem czasu, przyzwyczajamy się do świata. Nie widzimy już niczego nadzwyczajnego w tętniącym życiem mieście. Mamy swoje typowe zajęcia i rzadko robimy coś szalonego. Tak rodzi się rutyna. Przestajemy się cieszyć każdym dniem. To ona potrafi przekształcić spojrzenie na świat w bardzo depresyjne. W ucieszonym dziecku, widzimy już tylko rozwydrzonego bachora, który gadając o pierdołach do swojej mamy, tylko przeszkadza pasażerom w tramwaju.

29514264_1779269895469262_1473911215_o.jpg

fot. Arleta Gosławska

Gdzie więc zatem podziały się nasze dziecięce odruchy? Ukazują się bardzo rzadko, bo działają zupełnie tak samo, jak dawno nieużywane przedmioty. Zakurzone i z defektami, co sprawia trudności w użytkowaniu. Więc kiedy dochodzi do niecodziennego zachowania, jest nam niezręcznie i na początku nie wiemy jak się zachować. Czasem jednak potrafią sprawnie zadziałać. To jak instynkt albo coś w stylu jazdy na rowerze — nie da się nie umieć, kiedy już raz się jej nauczyło. Dlatego przy spotkaniu z przyjacielem tak łatwo o śmiech z rzeczy, które zwykle okazałby się dla nas zwyczajne. Chwila zapomnienia przy tańcu do muzyki, gdy nikogo nie ma w domu. Szybka jazda na rowerze po pustej szosie. Wtedy z głębi człowieka wygrzebuje się dziecko — zakurzone i zniszczone. Ożywa i zaczyna szaleć. Czujemy radość, motyle w brzuchu i beztroskę. Jednak ono kładzie się z powrotem, kiedy powracamy w poniedziałek do swoich typowych zajęć. Zakopuje się w czeluściach naszych obowiązków i trosk. Ranimy je poprzez życiowe porażki i złamane serca. Stres i próby idealizacji własnego życia sprawiają, że dziecko zostaje zupełnie zagubione w gąszczu tych wszystkich rzeczy i próby jego ponownego obudzenia stają się coraz cięższe.

Nie cofniemy czasu, musimy żyć tu i teraz. Musimy nauczyć się żyć codziennością. Ja muszę. Bo w innym wypadku zanudzę się na śmierć. Trzeba nauczyć się wyłączać ten durny głos w głowie, który mówi, że coś nie wypada. Bo kiedy tak bardzo będziemy się na tym skupiać, nawet się nie zorientujemy, a wypadnie nam życie.

29391598_1779269508802634_1672733134_o.jpg

fot. Arleta Gosławska

 

Fikcja zmieszana z rzeczywistością

Stoję, otacza mnie wielka przestrzeń, a ja czuję się jak małe dziecko. Z jedną różnicą — małe dzieci nie odczuwają takiego przerażenia. Moje nogi drżą tak, że poruszają wszystkim, co znajduje się wokół mnie. Oddech przyspiesza z każdym kolejnym, szybszym uderzeniem serca. Dłonie mam zimne, choć po czole spływa mi strużka potu, a światło płynące z niewiadomego źródła, ogrzewa moje ciało tak, że czuję się, jakbym płonęła. Przed oczami tańczą mi różnobarwne mroczki i kręci mi się w głowie.

Chwilowo udało mi się uciec. Stoję za wielką, niezbyt ładnie pachnącą połacią materiału. Nie wiem ile mam czasu, ale nie to jest najważniejsze. Może za chwilę poczuję się lepiej. To, co teraz się dzieje zdarzało mi się dotąd, ale tylko we śnie. Teraz czuję każdą cząsteczkę swojego ciała, czuję jak jest pokurczone, więc to nie może być sen. Jestem kompletnie zagubiona. Przygotowywałam się do tego, ale to, co wydarzyło się po rozpoczęciu, zupełnie mnie zaskoczyło. Wszystko szło nie tak, jak to sobie wyobrażałam. Moje ciało po prostu odmówiło posłuszeństwa, to nie moja wina.

Dobra, jeśli to przypomina te sny, to zaraz wszystko powinno się skończyć. Za chwilę powinnam się obudzić. Postoję sobie tu spokojnie i poobserwuję sytuację. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że emocje, które mną targały, nigdy nie były tak silne. Pewnie obudzę się cała mokra. Nienawidzę tego. Ale chwila, we śnie nigdy o tym nie myślę.

O, już powinnam się obudzić. Halo? WSTAWAJ! Dlaczego ja nadal tu jestem? Ktoś mnie woła, o co tu chodzi? Słyszę głos, który mówi za mną:

-Ej, teraz ty. Ogarnęłaś się? Nie odwal znowu niczego podobnego. – głos jest lekko podenerwowany i przyciszony. Czuję jak ten ktoś kopie mnie w tyłek i wypycha za materiał.

Stoję znowu w tym samym miejscu, znowu nie wiem co mam robić. Wiem, że to będzie moja kompletna porażka. Próbuję jakoś odnaleźć się w tej sytuacji, ale nie za bardzo wiem jak się mam zachować. Popełniam błędy, choć jestem ich świadoma. Napięcie w moim ciele nieustannie rośnie. Osoby, których wcześniej nie zauważyłam, zaczynają rzucać we mnie słowami, które osobiście bardzo mnie dotykają. Zaczynają mnie szarpać. Potrząsają mną i wiem, że zaraz zacznie się najgorsze. W kulminacyjnym momencie nagle upadam.

Budzę się w małym pomieszczeniu, wokół mnie są ludzie. Wszyscy elegancko ubrani, z kwiatami. Na ich twarzy maluje się niepokój, ale żywo o czymś dyskutują, zapewne o tym, co się wydarzyło. Kiedy spostrzegli, że się obudziłam, zerwali się w moją stronę. Słyszę jak każdy mi gratuluje, mówi, że świetnie mi poszło. Cieszę się z tego, ale czuję, że ze mną samą jest coś nie tak. Źle się czuję. Mówię to komuś, kto akurat stoi obok mnie, ale ten mnie nie słucha. Po chwili znów tracę przytomność.

Kolejny raz otwieram oczy w szpitalu. Ja nie grałam, ja na prawdę to przeżyłam. Inni tylko powiedzą, że świetnie mi poszło. Ktoś wygania ich z sali, oni zaś zdążyli tylko krzyknąć coś o następnym razie.

To będzie jakiś następny raz? Chyba tylko jeśli przeżyję.

ppp.jpg

Świąteczny ból głowy

Wigilia. 24 grudnia. Dwunasta w nocy. Gorączka przygotowań nie daje spać. Wyglądam przez okno, gdzie po jezdni wplątana w wietrzny wir, kręci się plastikowa reklamówka. Wszyscy już śpią.W oknach widzę pogaszone światła. Jedynie świąteczne lampki dają złudzenie obecności kogoś, kto jeszcze nie śpi. I tak stoję przy tym oknie i myślę. Czy na pewno znalazłam czas na to, co naprawdę jest istotne w świętach? Chyba tylko tak jak ta reklamówka, kręciłam się  wte i wewte.

Za mną wolontariat przy Wigilii Wrocławskiej, czyli wigilii dla najuboższych. W sumie przyszło tam około tysiąc osób. Po co? Aby pobyć razem, pośpiewać, zjeść, ale również porozmawiać. Wiele osób zaczepiało mnie, aby zamienić słowo. Jeden pan chciał podzielić się ze mną opłatkiem. I jak się okazało, nie przyszli tylko bezdomni. Byli tam ludzie, którzy nie mają z kim spędzić wigilii lub nie mają tyle pieniędzy, aby urządzić ją w domu. Byłam bardzo wzruszona tymi wszystkimi ludźmi i mimo chłodu, chciałam im jak najbardziej pomóc.

Tak sobie siedzę, dojadam wigilijne pozostałości i przewalam się z boku na bok. Pewnie i tak szlag weźmie moje wszystkie ambitne plany na ten czas. Za chwilę znów sylwester i poleci kolejny rok. Co ze sobą przyniesie – nie wiem. Się zobaczy.

No więc odpoczywam. I to pełną parą. Przesypiam pół dnia, drugie pół narzekam na ból głowy. Nie wiem nawet, czy to zdrowe, ale nie umiem inaczej. Kompletnie na nic innego nie mam siły. Ale miejmy nadzieję, że to mnie doprowadzi do porządku i będę mogła porządnie ruszyć w nowym roku do pracy. Dobranoc.

A! Mój obiecany, spóźniony co prawda, świąteczny prezent. Jest to adres mailowy, na który można do mnie napisać. Zobaczymy, co z tego będzie.

slowem-julia@tlen.pl

 

Poetycka pustka

Powiem szczerze, że ostatnio wena mnie opuściła. Tyle dzieje się wokół mnie, ale nic nie przykuwa mojej uwagi na tyle, żeby urodziło się z tego coś konkretnego. Poza tym czuję w sobie jakąś pustkę. Pewnie brzmi to poetycko i w ogóle, ale nie mam co z tym zrobić i to mnie serio dręczy.

Bo to jest taki czas, kiedy człowiek nie wie, co ma ze sobą zrobić. Choinki jeszcze nie ubierze, ale wszystko wokół w mieście wygląda jakby już były święta. W sklepach czerwono a czasem i brokatowo, mimo że do Sylwestra dalej niż do Świąt. A mnie nosi. Zawsze miałam problem z wyznaczaniem okresów na dane sezony. We wrześniu odkładam noszenie ulubionych swetrów na jesień, ale kiedy ta już się pojawia, to zapominam o większości moich ulubieńców i znajduję je dopiero po sezonie. Ale to nie z tego ta pustka. 23755139_1301327179969791_8563780594281564142_n

Moja grudniowa codzienność nieco się zmieniła, wszystko trochę zwolniło. Projekt w Teatrze Lalek zakończyliśmy i wracamy do pracy dopiero po feriach. Więcej o tym na blogu projektowym, który notabene prowadzę osobiście > ROBIMY

Na zajęciach dziennikarskich ciągle coś się dzieje. Warsztaty, promocje i premiery. Lubię to. Dyskutujemy na tematy wszelakie, nie ma tabu, nie ma tematów niewygodnych czy błahych. Jedynym minusem tych spotkań jest to, że dają one dużo do myślenia i za każdym razem jest co przemyśleć.

Poza tym podśpiewujemy, razem z Madzią oczywiście, na zajęciach wokalnych. I mimo że fizycznie nie mamy czasu na spotkania, na nich zdajemy sobie konkretne relacje co u nas. Jesteśmy więc w końcu na bieżąco, nie tak jak kiedyś, bo o spotkania było zwykle bardzo ciężko. Ostatnio odbył się pierwszy koncert z naszym udziałem – Jesienny. Żadna z nas nie śpiewała solówki, ale myślę, że wszystko przed nami.


Brakuje mi czegoś. Nawet nie wiem jak to opisać. Coś co siedzi we mnie, gdzieś głęboko, mówi mi, że jest coś nie tak. Nie mogę jednak tego zlokalizować i zwalczyć. Nawet muzyka nie pomaga! Jestem sama na siebie zła, ponieważ przez to nie mogę się skupić. Próbując odkryć o co może mi chodzić, przyłapuję się na tym, że bezmyślnie wykonuję jakąś czynność. Ciągle chodzę niewyspana, ale za każdym razem obiecuję sobie, że to się zmieni. Niektórych rzeczy nie umiem zmienić już od dawna. Co się ze mną dzieje? Chyba potrzebuję się zakochać.

 

Ciepłe kolory i zimna pogoda

Już czas. Wszyscy o tym okresie mówią, że jest melancholijny. Jednak każdy również wie, że to guzik prawda. To właśnie wtedy ludzie popadają w okresowe depresje a wyświetlenia  smutnych piosenek na youtubie wzrastają niemal dwukrotnie. Najczęściej wyszukiwane frazy w przeglądarce dotyczą przepisów na dobrą, rozgrzewającą herbatkę. Z szafy wyciągamy grube swetry. Później dochodzimy do wniosku, że nie mamy butów na zimę. Szyby w autobusach i tramwajach są nieustannie zaparowane, z czego najbardziej cieszą się dzieci, mażąc po nich łapkami. Inni zniecierpliwieni, szybkimi i stanowczymi ruchami dłoni rozcierają wilgotną szybę, aby móc dojrzeć w jakim miejscu się znajdują. Rano – ciemno. Popołudniu – ciemno. Rzadkie i nieliczne przebłyski słońca spędzamy w szkołach i biurach. Plusem jest to, że już o 18 można urządzić sobie kino domowe w całkowitej ciemności. No, ale ta depresja…

Opowiem Wam historię. Była dziewczyna, która wręcz kochała jesień. Nie dlatego, że w tym okresie miała urodziny, choć to na pewno potęgowało uczucie do tej pory roku. Zauważała w niej coś, co nie jest niczym odkrywczym, choć wciąż na nowo się tym zachwyca. Uważa ją za najbardziej kolorową. Dla niej wiosna jest cała zielona, lato połyskująco żółte, zima zwykle szara, choć w jej wyobraźni pozostaje bielusieńka. A jesień? Ma kolor deszczu, brudnych kałuż, spadających liści, żółtych, brązowych, pomarańczowych a czasem jeszcze zielonych. Białe są w niej poranki, w których miasto zanurza się we mgle. Czyli, ma w sobie wszystkie barwy innych pór roku i to ją zachwyca.

Lubi się wtedy zanurzyć w ciepłym kącie ze słuchawkami w uszach, dobrą książką i ciepłą herbatą. Czasem ktoś z nią porozmawia. Nieraz siedzi po cichu i robi się ponura. Kiedy pada, przenosi się pod okno i obserwuje krople wpadające w czeluść kałuży. Często włącza filmy i odpływa w inny świat. Tylko krople cicho stukając o parapet przypominają jej o rzeczywistości.

Poza tym robi to, co normalny człowiek zwykle o tej porze roku. Wstaje rano. Idzie do szkoły. Uczy się. Rozwija swoje zainteresowania. Dopiero wieczorem staje się kimś zupełnie innym. Ekspresja i dynamika ustępują miejsca cichej introwertyczce, która lubi siedzieć pod kocem i zanudzać samą siebie. Potem, kiedy robi się już późno, po prostu idzie spać. Koniecznie w grubych skarpetach.

Z czym ma największy problem? Z późnymi porami dnia właśnie. Zapominając o bożym świecie myśli o wszystkim, tylko nie o obowiązkach. Poza tym tylko niepotrzebnie się zasmuca, choć wydaje mi się, że jej to sprawia ogromną przyjemność. Uważa bowiem, że to nie czas, w którym wszystko świetnie się układa jest najlepszy. Ona syci się momentami samotności i smutku, wiedząc, że kiedy przestanie już być sama, będzie jej tęskno do tych wieczorów. Czy to już szaleństwo?