Już nie ma dzikich plaż

Z jednej strony można zobaczyć plakat, na którym napis głosi: “Stop dla elektrowni atomowej!” a z drugiej strony przepełnione kosze na śmieci i zdecydowanie za małe miasteczko nadmorskiej miejscowości, która nie jest w stanie pomieścić tak dużą liczbę wczasowiczów. Tak więc, czy jest się czym szczycić, kiedy w telewizji radośnie ogłaszany jest fakt, że wakacje nad Bałtykiem wybiera coraz większa liczba Polaków?

Smutne jest to, że sami niemalże prowadzimy Bałtyk za rękę do zniszczenia. A smutniejsze jest to, że każdy o tym wie. Jednak żeby dobrze sobie uświadomić skalę tego powolnego (już coraz mniej) zabójstwa, musimy cofnąć się kilkadziesiąt lat wstecz.

Po II wojnie światowej do wody Bałtyku wpadło 50 tys. ton zabeczkowanej broni chemicznej. Przyczynili się do tego Rosjanie, Niemcy i Amerykanie, którzy czyszcząc swoje magazyny, zatopili substancje w morzu, ponieważ było to łatwiejsze i tańsze od utylizacji. Teraz, po ponad 70 latach część tych beczek zaczyna już korodować, przez co również rozszczelniać. Okej. To są fakty. Jednak, ktoś może powiedzieć, że przecież nie widać żadnego działania tych substancji. Przecież wszystko jest w porządku, woda jest sprawdzana i co roku się w niej kąpiemy. Są jednak odnotowane przypadki poparzeń substancjami, które pomału wpływają do wody. Jedni eksperci uważają to za nieszkodliwe, tłumacząc, że konsystencja owej broni jest zbyt gęsta by wypłynąć na powierzchnię. Inni zaś, że beczki są umiejscowione zaledwie kilkanaście metrów pod wodą. Nikt jednak nie bije gorączkowo na alarm, ponieważ wyciągnięcie tych beczek to spora inwestycja, a tym nie ma się co za dużo chwalić. Na czystość wody Bałtyku wpływa również fakt inustrializacji terenów przybrzeżnych, nie tylko polskich. Pozostaje więc czekać i cieszyć się każdą chwilą nad naszym polskim morzem.

Ale tak szczerze, czy jest się czym cieszyć? Na plaży, nie ruszając się nawet z koca, zauważyłam wokół siebie bardzo dużo śmieci. Tu papierek, tam pet, a kubeł kilka metrów obok, prawie pusty. Plaża całkowicie zapełniona kolorowymi parawanami, namiotami i parasolami. Wszystko to dla ludzkiej wygody, a by dodać nastroju plażowaniu specjalnie puszczona muzyka w nowiutkim głośniku. Chciałoby się zaśpiewać:

Promenada pokryta w paćkach po lodach, które spadły z rożka i sosach, które kapią koneserom kebabów i gofrów. Papierki z zabawek zakupionych przez kochających swoje dzieci rodziców, żeby maluchy miały frajdę i dobrą zabawę na wakacjach. Jednocześnie wchodząc czyściutkim sandałkiem na plamę po bitej śmietanie mamusia wykrzywia twarz w obrzydzeniu i narzeka, że brudno. Idąc dalej, za promenadą, miasteczko tak poupychane sklepikami i barami, że nie wiadomo na co się zdecydować. Jeszcze więcej niż lokali jest wczasowiczów, którzy nie patrzą na innych przepychając się. Tam śmietniki wprost pękają w szwach i tworzą się odrębne kupki śmieci pod nimi, ponieważ nie ma już ich gdzie pomieścić. W powietrzu unosi się zapach starego oleju do frytek i stęchłych, roztopionych lodów. Morska bryza jest w ogóle niewyczuwalna. Zamiast mew zaś zdaje się słyszeć muzykę disco polo połączoną z przeciągliwymi odgłosami piszczących, szczekających i grających zabawek.

Osobiście, kocham Bałtyk i nie wyobrażam sobie wakacji bez pobytu nad morzem. Coraz częściej jednak odczuwam bardzo duży dyskomfort przebywania w miejscowościach nadmorskich. Na dłuższą metę wcale nie da się wypocząć nad polskim morzem. I z ogromnym strachem patrzę na to wszystko co się tam dzieje. Co roku bowiem patrzę na wzburzone fale i żegnając się myślę, że to ostatni raz się z nim widzę.

Ludzie przed ludźmi chronią przyrodę.

 

Advertisements

Toksyczność

Złe samopoczucie jest niszczące. Kiedy przychodzi, nie pragnie się wtedy niczego innego, jak tego, by w końcu poczuć się lepiej. Ma się wtedy ochotę tylko leżeć w łóżku i przejmować się wyłącznie samym sobą. To blokuje. Hamuje. Nie pozwala iść dalej. Tak samo jest W relacjach z ludźmi.

W toksycznej relacji wszystko wydaje się w porządku, do czasu. Pojedyńcze spięcia, które na pierwszy rzut oka wyglądają zupełnie niewinnie. Dziwne sytuacje nagle zaczynają coraz częściej się pojawiać. Wyjaśniamy sobie to tym, że przecież to ludzkie. Nagle coraz częściej na policzkach pojawiają się łzy. Wtedy to tylko chwilowe załamanie, jakaś bezsilność. I wcale nie zauważamy tej toksyczności w ułamku sekundy. Czasem dociera to do nas po długim czasie od zerwania kontaktu z człowiekiem, który do naszego życia wprowadził taki syf, którego długo nie będziemy umieli posprzątać. Wtedy dopiero zauważamy jak dużo musimy odbudować na nowo, jak dużo ten ktoś zniszczył w naszym życiu. Mimo to, jednak tęsknimy. Mówią jednak, że czas leczy rany. Ale czy tak na prawdę jest?

Nie możemy wszystkiego oddawać losowi i ludziom. Sami możemy wiele zdziałać.

 Po pierwsze: wziąć życie w swoje ręce! To nie inni żyją naszym życiem, a my. Nie możemy go więc im podporządkowywać, nawet jeśli chwilowo nam się wydaje, że są tego godni. Bo wszystko, jak już wiemy, może w każdej chwili prysnąć, a wtedy zostajemy zupełnie sami. 

Dlatego druga ważna zasada to umieć wszystko zrobić samemu. Nie można być wiernym zwykłym śmiertelnikom, którymi przecież sami jesteśmy. Kiedy nie będziemy potrafili poradzić sobie ze swoim życiem, w przyszłości zranimy drugą osobę, kiedy to ona będzie potrzebowała naszej pomocy a my nie będziemy w stanie mu jej udzielić, ponieważ ze swoimi problemami nigdy nie stanęliśmy twarzą w twarz. To później zatoczy koło i uderzy w nas. W nasze emocje, w samo serce.
Trzecia, wydaje mi się, że chyba najbardziej pesymistyczna zasada, to przyzwyczaić się do zranień i porażek. Na to nie ma innej opcji, jakkolwiek będziemy uważać, ktoś w końcu i tak wywróci nam w głowie. Tu już nie znalazłam niestety żadnej drogi ucieczki, trzeba to przeczekać. A zapewniam, rana się zagoi. Tylko tutaj wracamy do czasu, który może i nie koi bólu, ale rzeczywiście leczy, albo przynajmniej daje nam okres na zagojenie. 

5 typów facetów, których kocham

1.png

1. Heartbreaker

Zazwyczaj przystojny, nie zawsze zaś pociąga intelektem. Wysoki, dobrze zbudowany. Ciuchy przeważnie firmowe, często nowe. Lekki zarost dla podkreślenia męskości. Ostro zarysowana szczęka. Pachnie perfumami (nie zawsze męskimi, choć zależy od tego, jak bardzo kocha kobiety). W buzi guma do żucia. Okulary przeciwsłoneczne nosi nawet w pomieszczeniach. Ten rodzaj faceta często szybko wzbudza w kobietach ufność, ale wiadomo, jak kończy się ta przygoda, choć i tak zawsze nabieramy się tak samo.

– Hej mała, jak leci? – pyta unosząc brew, ale nie ściągając okularów. – Masz ochotę na spacer?

Park. Nagle Heartbreaker zauważa grupkę dziewczyn. Zostawia Sierotkę przy placu zabaw.

 

2

2. Typowy Seba

Takowego osobnika rozpoznamy bardzo szybko już w Internecie. Zdjęcia z wypiętym torsem, gdzie na koszulce zazwyczaj zauważyć można barwy narodowe, bądź lokalnej drużyny piłkarskiej. W opisie do zdjęcia obowiązkowo dołączony cytat z hip hopowego kawałka. Na codzień ukazuje się na osiedlowych ulicach wraz ze swoimi pobratymcami oraz potencjalnymi partnerkami. Nie ma szczególnych zainteresowań, ale kocha walczyć o swoje. Broni kobiety, zwierzęta i alkoholików. Uważa się za dobrego człowieka, ale nie lubi policji. Ubiera się tak aby było mu wygodnie, dresy oraz obowiązkowo saszetka dobrej marki.

Kobieta aby go poderwać powinna ubrać legginsy oraz zachowywać się podobnie do niego. Związek nie trwa długo, zazwyczaj jest burzliwy oraz pełen napięć. Seba ma bardzo trudny charakter, ale w środku jest bardzo wrażliwy i przeżywa każdą miłość bardzo mocno.

3.png

3. Niewidzialny

Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Chodzi ze spuszczoną głową i nie ma zbyt wielu przyjaciół. Nikt o nim nic nie wie. Nie posiada profili na portalach społecznościowych, ale w końcu musi założyć Facebooka, ponieważ czasem konieczny jest z nim kontakt. Tam nigdy nic nie udostępnia.

Mimo to czasem głupio można się w nim zakochać, choć związek nie ma prawa przetrwać dłużej niż 2 miesiące.

4.png

4. Artysta

Specyficznej urody. Kręcone, specjalnie pomierzwione włosy, chudy. Na twarzy wiecznie poważny. Ubiera się w rzeczy, w które nikt inny by się nie ubrał. Uwielbia materiałowe torby na ramię. Czyta poważne książki i zawsze wie wszystko najlepiej. Ma znajomych tylko w kręgu ludzi kochających sztukę. Nienawidzi popu. Zawsze angażuje się we wszystkie protesty w mieście, ponieważ broni swoich praw. Zaatakowany na ulicy przez Sebę, wraca do domu w zakrwawionej koszuli i podartych spodniach bo nie potrafi się bić.

Jeśli chodzi o miłość, zazwyczaj związuje się z pokręconymi dziewczynami, które idą na ASP.

 

5

5. Gamer

Lubi ciuchy, które odzwierciedlają jego pasję – gry. Ogólnie bardzo lubi grać i do tego zwykle sprowadza się jego każda wolna chwila. Nie jest zbytnio aktywny społecznie, za to wirtualnie jest zawsze online. By z nim popisać, należy w drugiej karcie mieć włączony słownik gracza, ponieważ w innym wypadku, można nie rozumieć poszczególnych zdań. Pracuje w komputerowej korporacji, gdzie może do woli się rozwijać. Zdarza mu się mylić fikcję z rzeczywistością, przez co czasem gorączkowo biega po lesie z nożem do chleba.

Gamer poznaje dziewczynę najczęściej na forach internetowych. Dużo razem grają, a gdy już się spotkają, wiedzą, że spędza razem całe życie. Ich dzieci zazwyczaj robią w życiu to samo co oni.

 

Rysunki: Gosia Smolak > instagram Gosi

Selfie

Chcę być szczera. Opisywać rzeczy tak, jakie są w rzeczywistości. Bez zakłamań i farmazonów. Nie zawsze umiem. Wiele rzeczy często muszę pomijać. Znaczy, mogłabym je opisywać, ale mogłoby być z tym za dużo zamieszania. Widzę więc jak pomimo wolności słowa jestem ograniczona. Nigdzie nie jesteśmy wolni. Wszędzie przybieramy maski, żeby być lepiej odbieranym i bardziej tolerowanym. To jak z robieniem sobie selfie. W momencie robienia sobie zdjęcia, robimy pozy, ustawiamy się i stroimy miny, alby wyglądać korzystniej. Chwilę później jednak, musimy wrócić do rzeczywistości. Nasza wykreowana w aparacie postać, ginie w momencie zrobienia zdjęcia. Wtedy bowiem poprawiamy włosy, zmieniamy minę. Nie chcemy być monotonni ani brzydcy. Ale symultanicznie w tym samym czasie nasza mina na ułamek sekundy znika. Ale jest jedna rzecz, którą tu należy zauważyć – wyglądamy dobrze tylko z jednej, wirtualnej strony. Przechodzący obok facet spojrzy tylko i od razu wie, że robimy sobie zdjęcie. Tak samo jest z moim pisaniem. Nie jestem w stanie opisywać rzeczywistości nie koloryzując jej, a i zawsze znajdzie się ktoś, kto ujrzy inne jej ujęcie. Dwoje się i troje jak opisywać rzeczy, które mnie bolą, ponieważ nie umiem ubrać ich w słowa. Wszystkie wydają mi się zbyt banalne lub nie oddają sedna sprawy.

Dlaczego wszyscy dookoła wciskamy sobie takie kity? Każdy musi choć przez chwilę czuć satysfakcję zrobienia komuś na złość. W Internecie staramy się być ironiczni i cyniczni do kości, byleby tylko pokazać swoją inteligencję i niewzruszoną chęć zranienia drugiego człowieka. Prawda jest taka jednak, że każdego coś wkurza i smuci, irytuje, cieszy lub podnieca. Kiedy ktoś inny rani, wtedy nie jest już wesoło. Ale dopóki nikt inny nic mi nie robi, to czemu nie? Przecież to jest takie przyjemnie.

Udawanie. To też jest śmieszna sprawa. Staramy sobie samemu przetłumaczyć, że zrobienie czegoś na pewno przyniesie nam szczęście. Robimy to i okazuje się to wielką klapą. Nie możemy się jednak przyznać samemu sobie (a broń Boże innym), że to jest do dupy. Dalej to robimy, licząc na to, że sytuacja ulegnie gwałtownemu polepszeniu. I tak siedzimy w bagnie, jest niefajnie i niewygodnie. WSZYSCY to jednak to robią i są szczęśliwi. Co jest w takim razie nie tak? Fajnie jest tylko od strony aparatu.

 

Tożsamość?

Kiedy jesteśmy sobą? Kiedy przekraczamy tą granicę? Ciężko jest sobie to uświadomić. Nawet osoba, która cechę odrębności pielęgnuje, może mieć z tym niemały problem. I ja ciągle zadaję sobie to pytanie i staram sobie to jakoś poukładać.

Jestem młoda i moje otoczenie składa się również z ludzi w podobnym wieku. Jest to okres w życiu niekiedy bardzo burzliwy, choć czasem ulega już stabilizacji. Chęć spróbowania, zrobienia, sprzeciwienia się. Wynika to z natury człowieka i jest to pewien etap w życiu, który zdrowo jest przejść młodemu, by lepiej poukładać sobie dalsze życie. Przecież gdyby nie moje bunty, nie wiedziałabym, że w pewnym momencie to już nie działa z korzyścią dla nikogo i lepiej wziąć się w garść. Dlatego też myślę, że okres wielkich życiowych przemian w moim życiu minął. I choć nie było tak jak w filmach, nie przespałam się z żadnym chłopakiem, nie spróbowałam narkotyków ani nie poszłam na żadną wielką imprezę tylko po to, żeby się upić – czuję, że wcale nie muszę tego robić. Zrobiłam za to kilka innych rzeczy, z których mogłam wyciągnąć wystarczające wnioski, żeby dostrzec, że nie potrzebuje reszty i cieszę się, że się tak stało. 

Czuję się jednak czasem wyłączona ze społeczeństwa. Czy tylko ja w wieku 16 lat wolę spędzić piątek czytając jakąś dobrą książkę, albo iść do kina ze znajomymi zamiast szaleć niewidomo gdzie, kiedy, jak i z kim? I czy to dziwne, że nie potrzebuję wrzucać na instagrama fotek z kobiecym dobrobytem na wierzchu? Powiem szczerze, że nie mam nawet wprawy do robienia takich zdjęć. I nie wiem na ile ludzie, którzy wrzucają do Internetu zdjęcia z browarami są sobą, ale ja na pewno tak bym się nie czuła.

Nie mam problemu, żeby zostawać przy swoim zdaniu, ale czuję, że wokół mnie jest coraz mniej ludzi, którzy mnie rozumieją. Ja sama często chciałbym zabiegać o względy innych. Ale… Nawet nie wiem po co!

Myślę jednak, że ja sama niejednokrotnie przekraczam granicę, staję się zupełnie kimś innym, żeby się przypodobać, żeby choć przez chwilę poczuć się lepszą. Wiem też, że to nie na tym polega. Jednak więc nie różnię się niczym od tych wszystkich innych i wcale nie zauważyłam niczego, co oni mogliby zauważyć. 

Ciężko zachować własną tożsamość.

O tej, która niszczy

Czasem wydaje mi się, że wszystko jest kompletnie nie tak. Że dąży do nieuchronnej autodestrukcji. Ale kiedy nadchodzi ten moment, kiedy zupełnie wszystko się zmienia, przekonuję się jak życie jest cholernie nieprzewidywalne.

Jako, że często widzę świat w negatywie, jest mi z tym ciężko, ponieważ zdarza mi się tak myśleć notorycznie. Często jest to wręcz kreowane przez jakąś część mnie, która zupełnie we mnie nie wierzy i zazwyczaj gada zupełne głupoty. Jednak nie umiem jej w sobie powstrzymać i wolę trzymać się tej wersji, ponieważ często nie potrafię wierzyć w swój sukces. Wolę myśleć, że na pewno mi się nie uda, ponieważ mogę wtedy uniknąć rozczarowania.

Jednak nie tylko rozczarowanie mnie boli w porażkach. Kiedy powiem wszystkim, że raczej nic z tego nie będzie, większość zazwyczaj wspiera, ale mimo to jest uprzedzona o możliwości zawalenia sprawy. A to uspokaja, nie martwię się wtedy aż nadto zdaniem innych. Choć wydaje mi się, że to właśnie zdanie innych jest tu kluczowe do rozwiązania tego problemu. Za bardzo mi zależy na autorytecie, który staram sobie niepotrzebnie nabudować. I to zdecydowanie do poprawki.

Kiedy zdarzy się tak, że wszystko poszło nawet ponad przeciętnie dobrze, jest radość. Bo były te myśli, które wcale nie budowały ani nie wspierały, a jednak wyszło. Pokazuję wtedy środkowego palca tej gorszej części mnie. Ale niestety, ona ma w sobie coś takiego, że w razie kolejnego zadania i tak wrzuci mnie w błoto.