Fikcja zmieszana z rzeczywistością

Stoję, otacza mnie wielka przestrzeń, a ja czuję się jak małe dziecko. Z jedną różnicą — małe dzieci nie odczuwają takiego przerażenia. Moje nogi drżą tak, że poruszają wszystkim, co znajduje się wokół mnie. Oddech przyspiesza z każdym kolejnym, szybszym uderzeniem serca. Dłonie mam zimne, choć po czole spływa mi strużka potu, a światło płynące z niewiadomego źródła, ogrzewa moje ciało tak, że czuję się, jakbym płonęła. Przed oczami tańczą mi różnobarwne mroczki i kręci mi się w głowie.

Chwilowo udało mi się uciec. Stoję za wielką, niezbyt ładnie pachnącą połacią materiału. Nie wiem ile mam czasu, ale nie to jest najważniejsze. Może za chwilę poczuję się lepiej. To, co teraz się dzieje zdarzało mi się dotąd, ale tylko we śnie. Teraz czuję każdą cząsteczkę swojego ciała, czuję jak jest pokurczone, więc to nie może być sen. Jestem kompletnie zagubiona. Przygotowywałam się do tego, ale to, co wydarzyło się po rozpoczęciu, zupełnie mnie zaskoczyło. Wszystko szło nie tak, jak to sobie wyobrażałam. Moje ciało po prostu odmówiło posłuszeństwa, to nie moja wina.

Dobra, jeśli to przypomina te sny, to zaraz wszystko powinno się skończyć. Za chwilę powinnam się obudzić. Postoję sobie tu spokojnie i poobserwuję sytuację. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że emocje, które mną targały, nigdy nie były tak silne. Pewnie obudzę się cała mokra. Nienawidzę tego. Ale chwila, we śnie nigdy o tym nie myślę.

O, już powinnam się obudzić. Halo? WSTAWAJ! Dlaczego ja nadal tu jestem? Ktoś mnie woła, o co tu chodzi? Słyszę głos, który mówi za mną:

-Ej, teraz ty. Ogarnęłaś się? Nie odwal znowu niczego podobnego. – głos jest lekko podenerwowany i przyciszony. Czuję jak ten ktoś kopie mnie w tyłek i wypycha za materiał.

Stoję znowu w tym samym miejscu, znowu nie wiem co mam robić. Wiem, że to będzie moja kompletna porażka. Próbuję jakoś odnaleźć się w tej sytuacji, ale nie za bardzo wiem jak się mam zachować. Popełniam błędy, choć jestem ich świadoma. Napięcie w moim ciele nieustannie rośnie. Osoby, których wcześniej nie zauważyłam, zaczynają rzucać we mnie słowami, które osobiście bardzo mnie dotykają. Zaczynają mnie szarpać. Potrząsają mną i wiem, że zaraz zacznie się najgorsze. W kulminacyjnym momencie nagle upadam.

Budzę się w małym pomieszczeniu, wokół mnie są ludzie. Wszyscy elegancko ubrani, z kwiatami. Na ich twarzy maluje się niepokój, ale żywo o czymś dyskutują, zapewne o tym, co się wydarzyło. Kiedy spostrzegli, że się obudziłam, zerwali się w moją stronę. Słyszę jak każdy mi gratuluje, mówi, że świetnie mi poszło. Cieszę się z tego, ale czuję, że ze mną samą jest coś nie tak. Źle się czuję. Mówię to komuś, kto akurat stoi obok mnie, ale ten mnie nie słucha. Po chwili znów tracę przytomność.

Kolejny raz otwieram oczy w szpitalu. Ja nie grałam, ja na prawdę to przeżyłam. Inni tylko powiedzą, że świetnie mi poszło. Ktoś wygania ich z sali, oni zaś zdążyli tylko krzyknąć coś o następnym razie.

To będzie jakiś następny raz? Chyba tylko jeśli przeżyję.

ppp.jpg

Advertisements

Świąteczny ból głowy

Wigilia. 24 grudnia. Dwunasta w nocy. Gorączka przygotowań nie daje spać. Wyglądam przez okno, gdzie po jezdni wplątana w wietrzny wir, kręci się plastikowa reklamówka. Wszyscy już śpią.W oknach widzę pogaszone światła. Jedynie świąteczne lampki dają złudzenie obecności kogoś, kto jeszcze nie śpi. I tak stoję przy tym oknie i myślę. Czy na pewno znalazłam czas na to, co naprawdę jest istotne w świętach? Chyba tylko tak jak ta reklamówka, kręciłam się  wte i wewte.

Za mną wolontariat przy Wigilii Wrocławskiej, czyli wigilii dla najuboższych. W sumie przyszło tam około tysiąc osób. Po co? Aby pobyć razem, pośpiewać, zjeść, ale również porozmawiać. Wiele osób zaczepiało mnie, aby zamienić słowo. Jeden pan chciał podzielić się ze mną opłatkiem. I jak się okazało, nie przyszli tylko bezdomni. Byli tam ludzie, którzy nie mają z kim spędzić wigilii lub nie mają tyle pieniędzy, aby urządzić ją w domu. Byłam bardzo wzruszona tymi wszystkimi ludźmi i mimo chłodu, chciałam im jak najbardziej pomóc.

Tak sobie siedzę, dojadam wigilijne pozostałości i przewalam się z boku na bok. Pewnie i tak szlag weźmie moje wszystkie ambitne plany na ten czas. Za chwilę znów sylwester i poleci kolejny rok. Co ze sobą przyniesie – nie wiem. Się zobaczy.

No więc odpoczywam. I to pełną parą. Przesypiam pół dnia, drugie pół narzekam na ból głowy. Nie wiem nawet, czy to zdrowe, ale nie umiem inaczej. Kompletnie na nic innego nie mam siły. Ale miejmy nadzieję, że to mnie doprowadzi do porządku i będę mogła porządnie ruszyć w nowym roku do pracy. Dobranoc.

A! Mój obiecany, spóźniony co prawda, świąteczny prezent. Jest to adres mailowy, na który można do mnie napisać. Zobaczymy, co z tego będzie.

slowem-julia@tlen.pl

 

Poetycka pustka

Powiem szczerze, że ostatnio wena mnie opuściła. Tyle dzieje się wokół mnie, ale nic nie przykuwa mojej uwagi na tyle, żeby urodziło się z tego coś konkretnego. Poza tym czuję w sobie jakąś pustkę. Pewnie brzmi to poetycko i w ogóle, ale nie mam co z tym zrobić i to mnie serio dręczy.

Bo to jest taki czas, kiedy człowiek nie wie, co ma ze sobą zrobić. Choinki jeszcze nie ubierze, ale wszystko wokół w mieście wygląda jakby już były święta. W sklepach czerwono a czasem i brokatowo, mimo że do Sylwestra dalej niż do Świąt. A mnie nosi. Zawsze miałam problem z wyznaczaniem okresów na dane sezony. We wrześniu odkładam noszenie ulubionych swetrów na jesień, ale kiedy ta już się pojawia, to zapominam o większości moich ulubieńców i znajduję je dopiero po sezonie. Ale to nie z tego ta pustka. 23755139_1301327179969791_8563780594281564142_n

Moja grudniowa codzienność nieco się zmieniła, wszystko trochę zwolniło. Projekt w Teatrze Lalek zakończyliśmy i wracamy do pracy dopiero po feriach. Więcej o tym na blogu projektowym, który notabene prowadzę osobiście > ROBIMY

Na zajęciach dziennikarskich ciągle coś się dzieje. Warsztaty, promocje i premiery. Lubię to. Dyskutujemy na tematy wszelakie, nie ma tabu, nie ma tematów niewygodnych czy błahych. Jedynym minusem tych spotkań jest to, że dają one dużo do myślenia i za każdym razem jest co przemyśleć.

Poza tym podśpiewujemy, razem z Madzią oczywiście, na zajęciach wokalnych. I mimo że fizycznie nie mamy czasu na spotkania, na nich zdajemy sobie konkretne relacje co u nas. Jesteśmy więc w końcu na bieżąco, nie tak jak kiedyś, bo o spotkania było zwykle bardzo ciężko. Ostatnio odbył się pierwszy koncert z naszym udziałem – Jesienny. Żadna z nas nie śpiewała solówki, ale myślę, że wszystko przed nami.


Brakuje mi czegoś. Nawet nie wiem jak to opisać. Coś co siedzi we mnie, gdzieś głęboko, mówi mi, że jest coś nie tak. Nie mogę jednak tego zlokalizować i zwalczyć. Nawet muzyka nie pomaga! Jestem sama na siebie zła, ponieważ przez to nie mogę się skupić. Próbując odkryć o co może mi chodzić, przyłapuję się na tym, że bezmyślnie wykonuję jakąś czynność. Ciągle chodzę niewyspana, ale za każdym razem obiecuję sobie, że to się zmieni. Niektórych rzeczy nie umiem zmienić już od dawna. Co się ze mną dzieje? Chyba potrzebuję się zakochać.

 

Ciepłe kolory i zimna pogoda

Już czas. Wszyscy o tym okresie mówią, że jest melancholijny. Jednak każdy również wie, że to guzik prawda. To właśnie wtedy ludzie popadają w okresowe depresje a wyświetlenia  smutnych piosenek na youtubie wzrastają niemal dwukrotnie. Najczęściej wyszukiwane frazy w przeglądarce dotyczą przepisów na dobrą, rozgrzewającą herbatkę. Z szafy wyciągamy grube swetry. Później dochodzimy do wniosku, że nie mamy butów na zimę. Szyby w autobusach i tramwajach są nieustannie zaparowane, z czego najbardziej cieszą się dzieci, mażąc po nich łapkami. Inni zniecierpliwieni, szybkimi i stanowczymi ruchami dłoni rozcierają wilgotną szybę, aby móc dojrzeć w jakim miejscu się znajdują. Rano – ciemno. Popołudniu – ciemno. Rzadkie i nieliczne przebłyski słońca spędzamy w szkołach i biurach. Plusem jest to, że już o 18 można urządzić sobie kino domowe w całkowitej ciemności. No, ale ta depresja…

Opowiem Wam historię. Była dziewczyna, która wręcz kochała jesień. Nie dlatego, że w tym okresie miała urodziny, choć to na pewno potęgowało uczucie do tej pory roku. Zauważała w niej coś, co nie jest niczym odkrywczym, choć wciąż na nowo się tym zachwyca. Uważa ją za najbardziej kolorową. Dla niej wiosna jest cała zielona, lato połyskująco żółte, zima zwykle szara, choć w jej wyobraźni pozostaje bielusieńka. A jesień? Ma kolor deszczu, brudnych kałuż, spadających liści, żółtych, brązowych, pomarańczowych a czasem jeszcze zielonych. Białe są w niej poranki, w których miasto zanurza się we mgle. Czyli, ma w sobie wszystkie barwy innych pór roku i to ją zachwyca.

Lubi się wtedy zanurzyć w ciepłym kącie ze słuchawkami w uszach, dobrą książką i ciepłą herbatą. Czasem ktoś z nią porozmawia. Nieraz siedzi po cichu i robi się ponura. Kiedy pada, przenosi się pod okno i obserwuje krople wpadające w czeluść kałuży. Często włącza filmy i odpływa w inny świat. Tylko krople cicho stukając o parapet przypominają jej o rzeczywistości.

Poza tym robi to, co normalny człowiek zwykle o tej porze roku. Wstaje rano. Idzie do szkoły. Uczy się. Rozwija swoje zainteresowania. Dopiero wieczorem staje się kimś zupełnie innym. Ekspresja i dynamika ustępują miejsca cichej introwertyczce, która lubi siedzieć pod kocem i zanudzać samą siebie. Potem, kiedy robi się już późno, po prostu idzie spać. Koniecznie w grubych skarpetach.

Z czym ma największy problem? Z późnymi porami dnia właśnie. Zapominając o bożym świecie myśli o wszystkim, tylko nie o obowiązkach. Poza tym tylko niepotrzebnie się zasmuca, choć wydaje mi się, że jej to sprawia ogromną przyjemność. Uważa bowiem, że to nie czas, w którym wszystko świetnie się układa jest najlepszy. Ona syci się momentami samotności i smutku, wiedząc, że kiedy przestanie już być sama, będzie jej tęskno do tych wieczorów. Czy to już szaleństwo?

 

 

Już nie ma dzikich plaż

Z jednej strony można zobaczyć plakat, na którym napis głosi: “Stop dla elektrowni atomowej!” a z drugiej strony przepełnione kosze na śmieci i zdecydowanie za małe miasteczko nadmorskiej miejscowości, która nie jest w stanie pomieścić tak dużą liczbę wczasowiczów. Tak więc, czy jest się czym szczycić, kiedy w telewizji radośnie ogłaszany jest fakt, że wakacje nad Bałtykiem wybiera coraz większa liczba Polaków?

Smutne jest to, że sami niemalże prowadzimy Bałtyk za rękę do zniszczenia. A smutniejsze jest to, że każdy o tym wie. Jednak żeby dobrze sobie uświadomić skalę tego powolnego (już coraz mniej) zabójstwa, musimy cofnąć się kilkadziesiąt lat wstecz.

Po II wojnie światowej do wody Bałtyku wpadło 50 tys. ton zabeczkowanej broni chemicznej. Przyczynili się do tego Rosjanie, Niemcy i Amerykanie, którzy czyszcząc swoje magazyny, zatopili substancje w morzu, ponieważ było to łatwiejsze i tańsze od utylizacji. Teraz, po ponad 70 latach część tych beczek zaczyna już korodować, przez co również rozszczelniać. Okej. To są fakty. Jednak, ktoś może powiedzieć, że przecież nie widać żadnego działania tych substancji. Przecież wszystko jest w porządku, woda jest sprawdzana i co roku się w niej kąpiemy. Są jednak odnotowane przypadki poparzeń substancjami, które pomału wpływają do wody. Jedni eksperci uważają to za nieszkodliwe, tłumacząc, że konsystencja owej broni jest zbyt gęsta by wypłynąć na powierzchnię. Inni zaś, że beczki są umiejscowione zaledwie kilkanaście metrów pod wodą. Nikt jednak nie bije gorączkowo na alarm, ponieważ wyciągnięcie tych beczek to spora inwestycja, a tym nie ma się co za dużo chwalić. Na czystość wody Bałtyku wpływa również fakt inustrializacji terenów przybrzeżnych, nie tylko polskich. Pozostaje więc czekać i cieszyć się każdą chwilą nad naszym polskim morzem.

Ale tak szczerze, czy jest się czym cieszyć? Na plaży, nie ruszając się nawet z koca, zauważyłam wokół siebie bardzo dużo śmieci. Tu papierek, tam pet, a kubeł kilka metrów obok, prawie pusty. Plaża całkowicie zapełniona kolorowymi parawanami, namiotami i parasolami. Wszystko to dla ludzkiej wygody, a by dodać nastroju plażowaniu specjalnie puszczona muzyka w nowiutkim głośniku. Chciałoby się zaśpiewać:

Promenada pokryta w paćkach po lodach, które spadły z rożka i sosach, które kapią koneserom kebabów i gofrów. Papierki z zabawek zakupionych przez kochających swoje dzieci rodziców, żeby maluchy miały frajdę i dobrą zabawę na wakacjach. Jednocześnie wchodząc czyściutkim sandałkiem na plamę po bitej śmietanie mamusia wykrzywia twarz w obrzydzeniu i narzeka, że brudno. Idąc dalej, za promenadą, miasteczko tak poupychane sklepikami i barami, że nie wiadomo na co się zdecydować. Jeszcze więcej niż lokali jest wczasowiczów, którzy nie patrzą na innych przepychając się. Tam śmietniki wprost pękają w szwach i tworzą się odrębne kupki śmieci pod nimi, ponieważ nie ma już ich gdzie pomieścić. W powietrzu unosi się zapach starego oleju do frytek i stęchłych, roztopionych lodów. Morska bryza jest w ogóle niewyczuwalna. Zamiast mew zaś zdaje się słyszeć muzykę disco polo połączoną z przeciągliwymi odgłosami piszczących, szczekających i grających zabawek.

Osobiście, kocham Bałtyk i nie wyobrażam sobie wakacji bez pobytu nad morzem. Coraz częściej jednak odczuwam bardzo duży dyskomfort przebywania w miejscowościach nadmorskich. Na dłuższą metę wcale nie da się wypocząć nad polskim morzem. I z ogromnym strachem patrzę na to wszystko co się tam dzieje. Co roku bowiem patrzę na wzburzone fale i żegnając się myślę, że to ostatni raz się z nim widzę.

Ludzie przed ludźmi chronią przyrodę.

 

Toksyczność

Złe samopoczucie jest niszczące. Kiedy przychodzi, nie pragnie się wtedy niczego innego, jak tego, by w końcu poczuć się lepiej. Ma się wtedy ochotę tylko leżeć w łóżku i przejmować się wyłącznie samym sobą. To blokuje. Hamuje. Nie pozwala iść dalej. Tak samo jest W relacjach z ludźmi.

W toksycznej relacji wszystko wydaje się w porządku, do czasu. Pojedyńcze spięcia, które na pierwszy rzut oka wyglądają zupełnie niewinnie. Dziwne sytuacje nagle zaczynają coraz częściej się pojawiać. Wyjaśniamy sobie to tym, że przecież to ludzkie. Nagle coraz częściej na policzkach pojawiają się łzy. Wtedy to tylko chwilowe załamanie, jakaś bezsilność. I wcale nie zauważamy tej toksyczności w ułamku sekundy. Czasem dociera to do nas po długim czasie od zerwania kontaktu z człowiekiem, który do naszego życia wprowadził taki syf, którego długo nie będziemy umieli posprzątać. Wtedy dopiero zauważamy jak dużo musimy odbudować na nowo, jak dużo ten ktoś zniszczył w naszym życiu. Mimo to, jednak tęsknimy. Mówią jednak, że czas leczy rany. Ale czy tak na prawdę jest?

Nie możemy wszystkiego oddawać losowi i ludziom. Sami możemy wiele zdziałać.

 Po pierwsze: wziąć życie w swoje ręce! To nie inni żyją naszym życiem, a my. Nie możemy go więc im podporządkowywać, nawet jeśli chwilowo nam się wydaje, że są tego godni. Bo wszystko, jak już wiemy, może w każdej chwili prysnąć, a wtedy zostajemy zupełnie sami. 

Dlatego druga ważna zasada to umieć wszystko zrobić samemu. Nie można być wiernym zwykłym śmiertelnikom, którymi przecież sami jesteśmy. Kiedy nie będziemy potrafili poradzić sobie ze swoim życiem, w przyszłości zranimy drugą osobę, kiedy to ona będzie potrzebowała naszej pomocy a my nie będziemy w stanie mu jej udzielić, ponieważ ze swoimi problemami nigdy nie stanęliśmy twarzą w twarz. To później zatoczy koło i uderzy w nas. W nasze emocje, w samo serce.
Trzecia, wydaje mi się, że chyba najbardziej pesymistyczna zasada, to przyzwyczaić się do zranień i porażek. Na to nie ma innej opcji, jakkolwiek będziemy uważać, ktoś w końcu i tak wywróci nam w głowie. Tu już nie znalazłam niestety żadnej drogi ucieczki, trzeba to przeczekać. A zapewniam, rana się zagoi. Tylko tutaj wracamy do czasu, który może i nie koi bólu, ale rzeczywiście leczy, albo przynajmniej daje nam okres na zagojenie. 

5 typów facetów, których kocham

1.png

1. Heartbreaker

Zazwyczaj przystojny, nie zawsze zaś pociąga intelektem. Wysoki, dobrze zbudowany. Ciuchy przeważnie firmowe, często nowe. Lekki zarost dla podkreślenia męskości. Ostro zarysowana szczęka. Pachnie perfumami (nie zawsze męskimi, choć zależy od tego, jak bardzo kocha kobiety). W buzi guma do żucia. Okulary przeciwsłoneczne nosi nawet w pomieszczeniach. Ten rodzaj faceta często szybko wzbudza w kobietach ufność, ale wiadomo, jak kończy się ta przygoda, choć i tak zawsze nabieramy się tak samo.

– Hej mała, jak leci? – pyta unosząc brew, ale nie ściągając okularów. – Masz ochotę na spacer?

Park. Nagle Heartbreaker zauważa grupkę dziewczyn. Zostawia Sierotkę przy placu zabaw.

 

2

2. Typowy Seba

Takowego osobnika rozpoznamy bardzo szybko już w Internecie. Zdjęcia z wypiętym torsem, gdzie na koszulce zazwyczaj zauważyć można barwy narodowe, bądź lokalnej drużyny piłkarskiej. W opisie do zdjęcia obowiązkowo dołączony cytat z hip hopowego kawałka. Na codzień ukazuje się na osiedlowych ulicach wraz ze swoimi pobratymcami oraz potencjalnymi partnerkami. Nie ma szczególnych zainteresowań, ale kocha walczyć o swoje. Broni kobiety, zwierzęta i alkoholików. Uważa się za dobrego człowieka, ale nie lubi policji. Ubiera się tak aby było mu wygodnie, dresy oraz obowiązkowo saszetka dobrej marki.

Kobieta aby go poderwać powinna ubrać legginsy oraz zachowywać się podobnie do niego. Związek nie trwa długo, zazwyczaj jest burzliwy oraz pełen napięć. Seba ma bardzo trudny charakter, ale w środku jest bardzo wrażliwy i przeżywa każdą miłość bardzo mocno.

3.png

3. Niewidzialny

Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Chodzi ze spuszczoną głową i nie ma zbyt wielu przyjaciół. Nikt o nim nic nie wie. Nie posiada profili na portalach społecznościowych, ale w końcu musi założyć Facebooka, ponieważ czasem konieczny jest z nim kontakt. Tam nigdy nic nie udostępnia.

Mimo to czasem głupio można się w nim zakochać, choć związek nie ma prawa przetrwać dłużej niż 2 miesiące.

4.png

4. Artysta

Specyficznej urody. Kręcone, specjalnie pomierzwione włosy, chudy. Na twarzy wiecznie poważny. Ubiera się w rzeczy, w które nikt inny by się nie ubrał. Uwielbia materiałowe torby na ramię. Czyta poważne książki i zawsze wie wszystko najlepiej. Ma znajomych tylko w kręgu ludzi kochających sztukę. Nienawidzi popu. Zawsze angażuje się we wszystkie protesty w mieście, ponieważ broni swoich praw. Zaatakowany na ulicy przez Sebę, wraca do domu w zakrwawionej koszuli i podartych spodniach bo nie potrafi się bić.

Jeśli chodzi o miłość, zazwyczaj związuje się z pokręconymi dziewczynami, które idą na ASP.

 

5

5. Gamer

Lubi ciuchy, które odzwierciedlają jego pasję – gry. Ogólnie bardzo lubi grać i do tego zwykle sprowadza się jego każda wolna chwila. Nie jest zbytnio aktywny społecznie, za to wirtualnie jest zawsze online. By z nim popisać, należy w drugiej karcie mieć włączony słownik gracza, ponieważ w innym wypadku, można nie rozumieć poszczególnych zdań. Pracuje w komputerowej korporacji, gdzie może do woli się rozwijać. Zdarza mu się mylić fikcję z rzeczywistością, przez co czasem gorączkowo biega po lesie z nożem do chleba.

Gamer poznaje dziewczynę najczęściej na forach internetowych. Dużo razem grają, a gdy już się spotkają, wiedzą, że spędza razem całe życie. Ich dzieci zazwyczaj robią w życiu to samo co oni.

 

Rysunki: Gosia Smolak > instagram Gosi